kochaj życie!

Problem z nawykami

Od kilku dni wychodzę z domu jedynie do sklepu oraz na protesty. Polska. W środku Europy, w XXI wieku, w cywilizowanym państwie przyszło nam walczyć o fundamentalne prawa kobiet. Jak dużo byśmy teraz nie osiągnęły, cokolwiek się wydarzy, podjęłam decyzję o wyjeździe gdzieś, gdziekolwiek. O emigracji. W samym środku światowej pandemii. I nie wiem, jeszcze jak, ale będę musiała sobie po prostu poradzić, choć los zadrwi z moich planów jeszcze nie jeden raz.

Zamarzył mi się spokojny rozwój i jakaś forma rutyny. Problem polega na tym, że nie mam w sobie za grosz cierpliwości. Zaczynam milion rzeczy, żadnej nie doprowadzając wystarczająco daleko. Bardzo dobrze działam zrywami. Czasem odpuszczam, bo przestaję coś czuć, częściej jednak dlatego, że nie przychodzą efekty. A one mogłyby się pojawić, nawet na dużą skalę, gdybym tylko opanowała sztukę cierpliwości. Nad biurkiem powiesiłam hasło: To, co robisz codziennie, liczy się bardziej od tego, co robisz od czasu do czasu. I drugie: Mistrzostwo zaczyna się od decyzji. Nigdy nie opanujesz czegoś przez przypadek. Czasem powtarzanie tych mantr trochę na mnie działa.

Metodą małych kroczków próbuję wprowadzać nawyki. Sposób nazywa Kaizen, powstało o tym kilka książek, przeczytałam, ale wciąż wpadam w te same pułapki, w których już nie raz byłam. Chcę dużo, zbyt wiele na raz. Zdrowa dieta, odstawienie słodyczy, słówka z angielskiego, hiszpańskiego i holenderskiego, bieganie, gimnastyka, pisanie, porządki w domu, czytanie książek. Każdą z czynności najbardziej chciałabym wykonywać przez godzinę dziennie, codziennie. Działam tak okresami, później siada wszystko. Wystarczy, że odpuszczę w jednej tylko dziedzinie. Zjem czekoladę, ta kostka deseru jest w stanie rozpędzić domino. I tak jedna po drugiej przewracają się moje wypracowane elementy strategii dochodzenia do czegoś. Zawsze mam jakiś plan. Wszystko albo nic. Nie znam półśrodków. Te zrywy trwają… za krótko. Na wyrobienie niektórych nawyków nie wystarczy kilka tygodni. Zwłaszcza, kiedy działasz zrywami, jak ja.

Rok temu podczas wakacji zaczęłam uczyć się hiszpańskiego. Bez wcześniejszych przygotowań, od razu na głęboką wodę: zajęcia 4 razy w tygodniu, po 3 godziny z przerwami. Opanowanie poziomu A2 zajęło naszej grupie zaledwie 2 miesiące. W kolejnych etapach, ponieważ zajęcia odbywały się rzadziej, stanęłam kompletnie w rozwoju. Powiecie, że mogłam uczyć się z taką intensywnością sama. Mogłam, jednak zaletą zorganizowanych zajęć jest przede wszystkim to, że w określonym terminie, określonym miejscu wykonujesz powtarzalną czynność. Przyzwyczajasz umysł i ciało. Wyrabiasz nawyk. Gdybym od razu po zakończonym kursie, z taką samą intensywnością, uczyła się w domu, byłoby mi o wiele łatwiej. Teraz, by przywrócić ten system, musiałabym wyrobić przyzwyczajenie od nowa. Zobowiązań, które sama na siebie nałożyłam, mam znacznie więcej niż podczas tamtych wakacji, a doba to nadal jedynie 24 godziny.

Z pomocą przychodzi mi planowanie. Uwielbiałam je zawsze. Tabelki, rozpiski, systemy co, kiedy, w jakich ilościach. I tak właśnie zamierzam spędzić listopad. Zaplanowany do granic możliwości. Poprzedni lockdown był dla mnie wybitnie intensywny. Tym razem, wydaje mi się, że to kwestia czasu, by zamknęli nas znowu. Być może nie całkowicie, ale dużo czasu przyjdzie nam spędzić w domach.

Czy planujesz to w jakiś sposób wykorzystać?

„Bo wszystko to magią jest i iluzją, i zdarza się raz na milion”

A.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s