rok bez zakupów

Rok bez zakupów to nie rok bez kupowania. Mój przepis na szafę idealną.

W styczniu założyłam sobie, że przez cały rok nie kupię nowych ubrań, kosmetyki tylko te, które zastąpią zużyte, zero książek w wersji papierowej, kobiecych magazynów, kurzołapów do domu. Przez 2,5 miesiąca szło mi perfekcyjnie. Nawet w lutym, kiedy spaliła mi się lampa do hybryd rozwiązanie nadeszło poprzez instagramową znajomość. Ale… Mamy połowę marca, a ja muszę publicznie przyznać, że w kilka dni wydałam 1100zł na ciuchy, pora więc zacząć liczenie wyzwania od początku.

Zanim dojdę do powodu porażki opowiem Wam, co te 2,5 miesiąca zmieniło w mojej głowie, bo poprzez świadome niekupowanie perspektywa posiadania stała się zupełnie inna.

Koniec polowania.

Kupowanie zmieniło się w proces decyzyjny. Wyłączam emocje. Szukam rozwiązań. Analizuję potrzeby, wady i zalety rzeczy, po którą sięgam. Przestałam godzić się na półśrodki, na bylejakość. Zamiast 5 koszulek, które po paru praniach wyglądają jak ściery, wolę kupić jedną, ale dobrej jakości. I nie ma to nic wspólnego z logo jakiejkolwiek marki. Z tym rozprawiłam się już chwilę temu: Marki premium. Co sprawia, że chcemy je mieć? Kryzys w pierwszym miesiącu bez zakupów. Przestałam przeglądać oferty sklepów, grzebać po stronach internetowych. Wyciszyłam powiadomienia, wypisałam się z newsletterów, przestałam subskrybować większość kanałów youtube, które budowały we mnie potrzeby. Najprostsze rozwiązanie: czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal – sprawdziło się najlepiej. Przed te kilka tygodni oczyściłam głowę. Zyskałam czas, który poświęcam sobie, temu, co naprawdę sprawia mi przyjemność. Polecam. I jestem szczerze zdziwiona, że poszło tak gładko.

sweter

Potrzeba czy zachcianka?

To, że dużo wydawałam nie oznaczało, że żyłam bardziej, mocniej, intensywniej. Oznaczało po prostu, że dużo wydawałam. Analizując, zdałam sobie sprawę, że zdecydowana większość kupowanych do tej pory rzeczy, to były zachcianki. I ok, life is to celebrate, nie warto zamykać się w czterech ścianach, żyć jak asceta, odkładać wszystkich zarobionych pieniędzy na nieokreślone jutro, bo ono może nigdy nie nadejść. Warto mieć cele, do których dążymy, bo wieczne życie chwilą też może nie przynieść nic dobrego. Jednak poświęcanie czasu na zarobienie pieniędzy, które później wydamy na niepotrzebne przedmioty jest największą hipokryzją naszych czasów. Wyzwanie roku bez zakupów nie oznacza dla mnie kompletniej rezygnacji z nabywania nowych rzeczy. Paradoks? Wyjaśnię na przykładzie ubrań. Od dłuższego czasu upraszczam garderobę. Moda to dla mnie przede wszystkim użytkowość, choć moją słabością są piękne, nie zawsze wygodne buty. Nie chcę jednak tracić czasu przed lustrem, zastanawiać się co do czego pasuje, kombinować, zestawiać, przymierzać dziesiątki razy. Chcę otworzyć szafę i wiedzieć, że niezależnie od tego czy idę na spacer czy oficjalną uroczystość, mam rzeczy, w których będę się czuła dobrze. Bo o to chodzi w całym tym upraszczaniu: by posiadać to, co czego naprawdę potrzebuję, nie gromadzić nadmiaru. I móc się skupić na sprawach naprawdę istotnych. Bo spoglądając w przeszłość pamiętam emocje. Ten pierwszy pocałunek na placu zabaw zimą, a nie to to, jaką miałam na sobie kurtkę.

simply wardrobe

Jakość ponad ilością

Nie poszukując co chwilę nowych rzeczy zaczęłam dostrzegać to, co mam, jak wiele tych przedmiotów jest i ilu z nich kompletnie nie używam. Rozdałam lub wrzuciłam całą masę ubrań. Bez żalu, bez rozważań, że może schudnę lub przytyję. Posprzątałam szafę z wyjątkową dbałością, wszystko, czego nie nosiłam dłużej niż rok znalazło nowych właścicieli. Ubrania nie pasujące do mnie powędrowały w świat. Doszłam do punktu, w którym doskonale wiem, w czym czuję się sobą, a co było przebraniem. Ostatecznie opracowałam moją bazę idealną, zestaw do bólu uniwersalny: rzeczy na wszystkie możliwe okazje, bo umówmy się, nie ma ich w moim życiu aż tak wiele i sukni balowych zdecydowanie nie potrzebuję. Co zatem znalazło się na liście?

  1. Beżowy wełniany płaszcz – klasyczny, prosty, dobrze skrojony. Wyznacznikiem zakupu nowego będzie jakość. Mój obecny przeszedł już swoje, więc w przyszłym roku rozejrzę się za jego zamiennikiem.
  2. Cienki płaszcz w innym kolorze – wersja przejściowa, ponieważ obecnie zimy bywają różne. Mój ulubiony jest w odcieniu wina i na pewno posłuży mi jeszcze kilka sezonów. Kupiłam go latem, z 80% zniżką, płacąc za wspaniały skład (80% wełny, 10% kaszmiru i 10% sztucznej domieszki) ok. 200zł i uważam do za deal życia.Moje patenty zdradzam tu: Zawsze mam się w co ubrać. Jak kompletować garderobę?  
  3. Długa puchówka – są miesiące, kiedy w niczym innym nie wyjdę z domu. I wszystkie zmarzluchy doskonale wiedzą, co mam na myśli. Dylemat: ładnie czy ciepło zupełnie mnie nie dotyczy.
  4. Szal/poncho – końcem lata zastępuje sweter, jesienią idealnie uzupełnia cienką kurtkę, w okresie przejściowym dopełnia cienki płaszcz a zimą jest po prostu ogromnym szalem. Mój jest z Tovy i uwielbiam go!
  5. Szalik w kratkę – fajnie ożywia jednokolorowe okrycia wierzchnie.
  6. Lekka puchówka lub kurtka sportowa – mam obie, poranny dojazd rowerem do pracy możliwy jest tylko dzięki takim kurteczkom, więc dla mnie pozycja obowiązkowa. W ogóle puchowe kurtki to rewelacyjna opcja: są lekkie, stosunkowo cienkie, a grzeją.
  7. Skórzana ramoneska – idealna na imprezę i codzienne wyjścia, zastąpi marynarkę, uzupełni bardzo prostą stylówkę, sprawdzi się na ciepłą wiosnę i chłodne dni lata. Klasyk klasyków, którego w mojej szafie nie ma. Szukam właściwego modelu od naprawdę długiego czasu, jeśli w tym roku trafię na idealny, kupię bez mrugnięcia okiem.
  8. Beżowy trencz – każdy ma swój kolor, ja upodobałam sobie beż. W połączeniu z granatem, czerwienią, bielą i czernią. Prosto. Bez komplikacji. Ze złotą lub srebrną biżuterią. Uwielbiam! A wiosenne trencze mam w tym kolorze dwa. I kiedyś na pewno kolekcja się powiększy. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.
  9. Czarne rurki – przez cały rok maltretuję ten model. Piorę, noszę, piorę, noszę. Bez wytchnienia. Zamęczam jedne, pędzę po następne. To rzecz, która z całą pewnością zostanie w tym roku kupiona. Podstawa pozwalająca na stworzenie niezliczonych zestawów. A co najlepsze: każdy wygląda w nich dobrze.
  10. Niebieskie jeansy – to spodnie idealne na 3 sezony w roku. Zimą lądują na dnie szafy, bo zestawienie niebieskiego jeansu z czarnymi kozakami albo czarnymi botkami kuje mnie w oczy. Mam z tym taki sam problem jak z połączeniem czerni i czerwieni, kiedy dominuje czerń. Dziwne?minimal warderobe
  11. Kuloty – spodnie, które odkryłam stosunkowo niedawno. Wysoki stan, fruwająca nogawka, kolejny model, w którym bardzo dużo kobiet będzie wyglądać rewelacyjnie. Od okazji z obcasem, na co dzień do trampek.
  12. Damski garnitur – do marca nie miałam żadnego. Kupiłam dwa: w moim ulubionym beżu oraz klasycznej czerni. Oba lekko fruwające, z lejących materiałów. Gdyby nie oficjalna biznesowa okazja, wybrałabym róż lub inny pastelowy kolor. I coś czuję, że taki jeszcze zagości w mojej szafie, bo jestem totalnie zaskoczona tym, jak dobrze czuję się w garniturze. Siła jest kobietą. A taki mocny, wyrazisty, a jednocześnie kobiecy strój bardzo mi odpowiada.
  13. Biała koszula – tłumaczyć nie trzeba, prawda? W marcu kupiłam również ten klasyk garderoby, bo tak się złożyło, że przez ostatnie lata jakoś jej nie potrzebowałam.
  14. Koszula oversize – kolejna rzecz do wszystkiego: spodni długich i krótkich, jeansów, ołówkowej spódnicy, pod sweter i bez niego. Do pracy i na spotkanie. Ideał!
  15.  Biały lub czarny T-shirt – jeszcze jedna rzecz do wszystkiego: jeansów, szortów, spódnicy, pod garnitur, żeby nie było zbyt sztywno, a ostatecznie do spania: jako najwygodniejsza piżama świata.
  16. Czarny top z koronką – w niektóre dni chcemy być seksi, ot tak, dla siebie lub wybranka serca. Ładnie wykończony top zdecydowanie ułatwia sprawę.
  17. Ołówkowa spódnica – mam jedną, której szukałam chyba ze 3 lata. Jest szara, z materiału, który delikatnie przypomina dres, co czyni ją modelem idealnym. Gra z trampkami, ale pasuje też do obcasów. Dobrze wygląda z każdą koszulką oraz koronkowym topem, pasuje do bluzy, dobrze nosi się ze swetrem i obcasami. Ideał? Myślę, że tak.
  18. Czarny lub granatowy dopasowany golf – szukam, ciągle szukam. Potrzebuję go w swojej szafie, ale wiem, że spokojnie na razie bez takiego przeżyję.
  19. Sweter oversize – na dni, kiedy chcę luzu, ale jednocześnie potrzebuję ciepełka.minimalizm
  20. Kardigan – mój (beżowy!) ulubiony przeszedł już swoje. Nie spieszę się z jego wymianą, jednak jeśli natrafię, kupię na 200%. Beżowy kardigan to moja druga skóra.
  21. Mała czarna – ratuje sytuację, gdy nie wiadomo, co na siebie włożyć. Mam wersję letnią i zimową. Mogłabym zamienić je na jedną uniwersalną, ale skoro już są, nie będę kombinować.
  22. Fruwająca sukienka do ziemi – to jest coś, do czego naprawdę długo nie mogłam się przekonać. Nie mam 180cm wzrostu ani figury modelki, ale odkąd przymierzyłam taką kiecę pierwszy raz, przepadłam. Sukienka maksi, przynajmniej jedna musi w mojej szafie być. Choć przyznaję, że mam ich kilka, uwielbiam totalnie i z upodobaniem przywożę nowe w ramach pamiątek z wakacji. Są idealne na lato w mieście, na wszystkie obłędne plażowe zdjęcia, do krajów, gdzie kobiecie nie wypada odsłaniać kolan. Jeśli nie macie przekonania, przymierzcie koniecznie. Sukienka do ziemi pozwala poczuć się ultra kobieco.
  23. Mała czarna torebka – jedyny dylemat, jaki mam w tym przypadku to kwestia okuć: srebrne czy złote. Posiadam wersję pierwszą i jestem w pełni świadoma, że ta druga, kiedyś pojawi się w mojej szafie. Kompletnie nie jako potrzeba, a raczej zachcianka posiadania ładnego przedmiotu codziennego użytku. Ot, dokarmienie kobiecej próżności.
  24. Czarna nerka – najwygodniejsza torebka do zabrania w podróż, na rower, bieganie po mieście i załatwianie spraw.
  25. Duża czarna torebka – swoją mam już z 5 lat, jest w stanie idealnym. Patent? Skóra teksturyzowana. Nie widać najmniejszych zadrapań. Kiedy wymienię, to na model o dokładnie takich samych parametrach.
  26. Koszyk – najlepsza torebka na lato. Duża, pojemna, wytrzymała. I nie szkoda rzucić w trawę.
  27. Kozaki skórzane – myślałam, że może zmieszczę się w 33 rzeczach, ale doszłam do butów i obawiam się, że mimo dążenia do mniejszej ilości, buty są czymś, z czego ciężko mi zrezygnować
  28. Zamszowe kozaki – uwielbiam zamsz. Jest elegancki, dodaje smaku wszystkim zestawieniom. Trochę uciążliwy w kwestii pielęgnacji,
  29. Zamszowe botki na obcasie
  30. Płaskie czarne botki
  31. Czarne skórzane buty na wysokim obcasie
  32. Szpilki nude – niesamowicie wydłużają nogi
  33. Złote baleriny – niby nietypowy kolor, a grają ze wszystkim: luźnym strojem i elegancką sukienką, jeansami, ale też spodniami od garnituru. Moje najbardziej uniwersalne buty!
  34. Białe trampki / złote trampki – trochę jak wyżej, noszę nawet do długich sukienek, choć na totalnie eleganckie okazje już nie za bardzo.
  35. Złote płaskie sandałki – wakacyjny must have.

I to by było na tyle. Potrzebuję 35-40 rzeczy w szafie, niektórych, jak koszulek w kilku egzemplarzach, by zawsze mieć się w co ubrać. Mam, jak wiele kobiet, znacznie więcej i nie raz zdarzało mi się stwierdzić, że nie mam co na siebie włożyć. Czy to nie paradoks?

Zakupy marca

Najwyższy czas na spowiedź.  W marcu kupiłam: czarny garnitur, beżowy garnitur, szarą elegancką bluzkę, białą koszulę oraz biały t-shirt. Każdy jeden element z realnego zapotrzebowania, ponieważ w nadchodzącym czasie czeka mnie kilka oficjalnych wystąpień, do których nie pasowało nic, co po czystkach pozostało w mojej szafie.

Kupiłam również tusz do rzęs, jedyny kosmetyczny zakup miesiąca. Przyczyną znów była: potrzeba, nie ciekawość kolejnej super nowości, która właśnie pojawiła się na rynku. Zużyłam, kupiłam. Wciąż muszę się mocno pilnować w zakresie zakupów kosmetycznych. W świecie nadmiaru naprawdę proste decyzje stały się skomplikowane.

Ograniczenie zakupów sprawiło, że wyklarowałam listę rzeczywistych potrzeb. I jest ich zdecydowanie mniej, niż przypuszczałam. Do kompletnej, totalnie uniwersalnej garderoby, brakuje mi tylko kilku elementów, ale nie spieszę się z ich zakupem. Zaczynam wyzwanie roku bez zakupów w zasadzie od nowa, bo mimo iż nabyłam same potrzebne elementy garderoby, to jednak nie mogę zaliczyć marca do miesiąca zgodnego z regułami gry. Zatem wyzwanie roku bez zakupów będzie zaliczone, jeśli wytrwam do końca kwietnia 2020.

Robicie sobie czasem tego typu wyzwania? Myślicie, że można wytrwać rok bez kupowania nowych rzeczy? Koniecznie podzielcie się w komentarzu.

Bo wszystko to magią jest i iluzją, i zdarza się raz na milion.

Pozdrawiam, A.

 

 

2 myśli w temacie “Rok bez zakupów to nie rok bez kupowania. Mój przepis na szafę idealną.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s