podróże małe i duże

Pierwsze spotkanie z Azją. Miasta Sri Lanki

post przeniesiony z www.duochrome.blogspot.com

Podróże to coś, co o wiele łatwiej przeżywa się niż opisuje. Bo jak w kilku słowach pokazać blask słońca, intensywność zapachów czy soczystość owoców? Ciężka sprawa. Podejmę jednak wyzwanie i spróbuję opowiedzieć o pierwszym spotkaniu z Azją.

Dlaczego Sri Lanka? 

Podróż na sąsiedni kontynent marzyła mi się już od dawna. Kolorowy świat, egzotyka, tysiące smaków i zapachów, inność, której namiastkę w formie zdjęć, filmów i restauracji przywieziono do Europy, by zrobić nam przedsmak, wzbudzić zainteresowanie. W moim przypadku – cel został osiągnięty: po kolejnej wizycie w azjatyckiej restauracji podjęłam decyzję, w tym roku jedziemy do Azji. Nieprzerwanie od lat marzy mi się Japonia, jednak, umówmy się, by zwiedzić ten odległy kraj bez ciągłego spoglądania na stan konta, trzeba mieć raczej gruby portfel, dlatego ten kierunek został odsunięty na później, jeszcze przyjdzie na Japonię czas. Tegoroczna wyprawa obejmowała tańsze lokalizacje: Tajlandię, Bali, Wietnam lub Sri Lankę. O ostatecznym wyborze zadecydował los – do Tajlandii i Wietnamu w interesującym nas terminie nie było akurat cenowo i czasowo ciekawych połączeń, na Bali przypomniał o swoim istnieniu wulkan Agung, wybór padł więc na Sri Lankę.

Sri Lanka
 
Trzeci co do ilości eksportowanej herbaty kraj świata, miejsce, gdzie łączą się religie: bowiem obok siebie, w pokoju, występują: buddyzm, hinduizm, islam i chrześcijaństwo,  wyspa, na której żyją Syngalezi i Tamilowie oraz drobne mniejszości narodowe, kraj, gdzie wszystkie tablice informacyjne i znaki opisane są w 3 językach: po syngalesku, tamilsku i angielsku (w tej kolejności na zdjęciu powyżej), gwarne miasta, zachwycająca przyroda, umiarkowane bogactwo i ogromna bieda, kompletny brak konsumpcjonizmu oraz nieustannie pozytywnie nastawieni, zawsze uśmiechnięci ludzie. Tak w kilku słowach można opisać łzę z policzka Indii. Na początek krótki przegląd miast, które warto na Cejlonie zobaczyć:

Kolombo
Miasto opisane w przewodniku, jak barwna metropolia na mnie zrobiło wrażenie zgoła odmienne. Oglądane zza szyb autobusu wydawało się dość uporządkowane, jak każde duże miasto – wypełnione interesującymi zabytkami. Jednak z perspektywy tuk tuków, które na wyspie są podstawowym środkiem lokomocji, a także podczas pieszych wędrówek, dało się zobaczyć znacznie więcej: brud, żebraków, kaleki i biedę zestawione z dobrze ubranymi mężczyznami i nielicznymi biznes women. Obok zabytków i kilkunastu wysokich budynków (najwyższe na wyspie 2 wieże, zwane Word Trade Center miały 40 pięter) można było dostrzec dziesiątki dźwigów, które wznosiły szkieletory. Pierwsze skojarzenie, jakie nasunęło mi się na określenie tego miejsca to: Kolombo – miasto w budowie.
Spacerując nie tak łatwo było odczuć, że miasto liczy ponad 600 tys. mieszkańców, ale kiedy tylko wsiadało się do tuk tuka, perspektywa natychmiast ulegała zmianie. Cejlońskie ulice to istna dżungla! Na wyspie obowiązuje ruch lewostronny, jednak poza tym odniosłam wrażenie, że żadne inne przepisy nie są przestrzegane. Kierowcy tuk tuków jeżdżą dosłownie jak chcą i jak dadzą radę. Wyprzedzają z prawej, z lewej, często zajmują oba pasy do momentu, aż naprzeciwko nie pojawi się większy pojazd, nieustannie trąbią, ale przy tym dogadują się doskonale. O dziwo, wypadków na lankijskich ulicach jest bardzo niewiele i – jak dowiedziałam się od kierowcy jednego z tuk tuków – korki powstają właściwie tylko wtedy, gdy za kierowanie ruchem zabiera się policja.
Kolombo – miasto w budowie, widok z portu
Tuk tuk
Po Kolombo poruszaliśmy się oczywiście tuk tukiem, jeśli zaufa się kierowcom, to bardzo sprawny środek lokomocji. Przystanki robiliśmy w kilku miejscach – m.in. w dzielnicy Ogrodów Cynamonowych, gdzie poza bogatymi willami znajduje się przepiękny Park Wiktorii, nad wejściem do którego góruje 6-cio metrowy posąg Buddy.
Budda w Parku Wiktorii
Park Wiktorii
W Parku Wiktorii udało nam się spotkać rozmaite ptactwo, m.in. pelikany
Najważniejsze, a zarazem najbardziej okazałe zabytki Kolombo to oczywiście ratusz oraz Pomnik Niepodległości:

Ratusz w Kolombo
Independence Memorial Hall – Pomnik Niepodległości – wzniesiony, by uczcić odzyskanie niepodległości w 1948r. To większa i betonowa kopia budynku znajdującego się w w Kandy, gdzie w 1815r. podpisano dokumenty przekazujące wyspę Brytyjczykom.
Jednak jednym z najciekawszych miejsc, jakie odwiedziliśmy w Kolombo był (największy na wyspie) bazar Pettah. Moje wyobrażenie o targowisku było iście europejskie – oczekiwałam kolorowych straganów z uporządkowanymi stoiskami. Nic bardziej mylnego! Na bazarze większość produktów leżała po prostu na ziemi, sporadycznie na matach utkanych ze sznura z palmy kokosowej lub w parcianych workach. Mięso (drób) sprzedawane było bardzo świeże – na życzenie klienta właściciel stoiska zabijał jednego z trzymanych w klatkach kurczaków…
 
Negombo
Wypełniona hotelami miejscowość nadmorska, gdyby nie niszczejąca zabudowa, mogłaby skojarzyć się z greckim Hersonissos, w którym byłam 2 lata temu. Równolegle do plaży ciągnął się tu szereg sklepików z pamiątkami i restauracji serwujących głównie owoce morza, ludzie sprawiali wrażenie o wiele zamożniejszych niż mieszkańcy centralnej części wyspy trudniący się pracą na plantacjach herbaty (ale o tym później). Negombo bywa nazywane małym Rzymem, z uwagi na nadzwyczaj dużą liczbę kościołów katolickich. Chcąc zwiedzić jeden z nich natrafiliśmy akurat na mszę. Kościół wypełniali wierni, a nie była to wcale niedziela. Wszyscy ludzie ubrani byli odświętnie, na biało, niektóre z kobiet nosiły coś w rodzaju welonu.
Jednak najbardziej niezwykłym widokiem, jaki ukazał się naszym oczom w Negombo był targ rybny. Aby doświadczyć go w pełnej krasie należało wstać wcześnie, największy ruch odbywał się w okolicach 7-8:00 rano. Już kilka ulic wcześniej dało się wyczuć specyficzny, rybi swąd, ale to, co zobaczyliśmy i przede wszystkim, co poczuliśmy (!) naprawdę sprawiło, że zaparło nam dech. Na bardzo dużym obszarze, podobnie jak owoce i warzywa, na kokosowych matach leżały setki, tysiące ryb, które, uprzednio osolone, suszyły się na słońcu – w ten sposób przygotowywano je do transportu wgłąb kraju. Nieco dalej, na straganach sprzedawcy oferowali świeży towar. Przechodząc przez targ rybny w pełni uświadomiłam sobie, że wszelkie przygotowania, jakie poczyniłam przed wyjazdem do Azji, były jak najbardziej potrzebne, dlatego też wkrótce powstanie na ten temat osobny wpis – zbiór wytycznych, które koniecznie należy wypełnić przez wyjazdem.

Świątynie buddyjskie
Buddyzm, czyli nonteistyczna filozofia zapoczątkowana przez Buddę Siakjaminiego (księcia Siddhartę Gautamę) niesie z sobą niesamowity spokój i wyciszenie, które jest w stanie wyczuć każdy, kto tylko przekroczy progi świątyni. Do świątyń buddyjskich wchodzi się boso, co ma na celu uświadomienie, że wszyscy, jako ludzie jesteśmy sobie równi. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni muszą mieć zakryte kolana i ramiona, więc należy przyjść stosownie ubranym, co w niektórych miejscach było weryfikowane przez służby – przykładowo w Kandy Świątynia Zęba Buddy (najważniejszej reliwkii buddystów na wyspie) ma swoich strażników, którzy zezwalają lub odmawiają wejścia i nie ma tam taryfy ulgowej. W Świątyni Gangamaraja w Kolombo, do której przybyłam w zbyt krótkiej sukience, otrzymałam coś w rodzaju chusty, która po przewiązaniu na biodrach, osłoniła mi kolana, więc w zależności od wagi miejsca, przepisy są lekko naginane lub turyści zostają dostosowani do powagi miejsca.

 

Świątynia Seema Malaka w Kolombo
O ile zabudowa wyspy w większości sprawia wrażenie, jakby za chwilę miała się rozsypać, o tyle świątynie są wyjątkowo piękne i zadbane. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie położona na 3 platformach na środku jeziora znajdującego się w centrum Kolombo świątynia Seema Malaka, zaprojektowana przez słynnego lankijskiego architekta Geoffreya Bawę.
Świątynia na wodzie –  Seema Malaka w Kolombo

Z kolei niezwykłą atmosferę, wręcz mistycyzm obcowania z własnymi myślami, paradoksalnie najmocniej odczułam w najbardziej kolorowej i wypełnionej figurami Buddy oraz bogów hinduistycznych Gangaramai. W każdej buddyjskiej świątyni panuje niezwykła atmosfera, wchodząc człowiek wdech za wdechem zdaje się coraz mocniej dotykać własnego wnętrza, rozumieć siebie i sens istnienia świata. Każde, najmniejsze zdarzenie zdaje się nagle mieć sens. Nigdzie indziej nie czułam takiej atmosfery.

Świątynia Gangaramaya w Kolombo

W Świątyni Zęba Buddy w Kandy braliśmy udział w pudży – buddyjskiej liturgii. Podczas rytuału można ofiarować dosłownie wszystko, jednak najczęściej buddyści przynoszą kwiaty lotosu oraz jedzenie (głównie owoce). Idąc w grupie turystów czułam, że nie powinno nas tam być, że zakłócamy ich spokój, ich święty czas. Ludzie w skupieniu siedzieli pod ścianami, medytowali, wsłuchiwali się w gongi, głośną muzykę towarzyszącą liturgii, a zwiedzający, w tym i ja, przechodzili w tym czasie i z zainteresowaniem obserwowali obrzędy. Wyobraziłam sobie, jak w czasie mszy przez kościół katolicki przewala się chmara zainteresowanych innowierców i w głowie widziałam reakcje uczestniczących w takiej mszy oraz tych, którzy ją prowadzą. Tymczasem medytujący w skupieniu buddyści nie zrobili nic, uśmiechali się tylko do każdej mijającej ich osoby. Buddyzm prawdziwie jest religią pokoju.

Pudża w Świątyni Zęba Buddy w Kandy
Świątynia Zęba Buddy w Kandy

Fort Holenderski Galle
Zabytki pokolonialne zajmują znaczną część przewodników po Cejlonie, w mojej opinii dlatego, że łatwo pisać o historii i wielu ludzi właśnie pod tym kątem odwiedza różne miejsca. Ja jeżdżąc, jestem trochę turystką, ale też po części staram się poczuć mieszkanką danego miasta, dlatego często odwiedzam miejsca, by poczuć ich klimat, ale niekoniecznie, by czytać dziesiątki dat, których, umówmy się – i tak nie zapamiętam.

Sri Lanka znajdowała się pod kuratelą Portugalczyków, następnie Holendrów oraz Brytyjczyków, czego ślady można dostrzec w stylu zabudowy bogatszych domów, zwłaszcza w centralnej części wyspy oraz w pozostałych zabytkach. Z uwagi na wysoką wilgotność powietrza (ok. 80%) wszelkie zabudowania bardzo szybko niszczeją. Przeglądając przewodnik natknęłam się na barwny opis fortu Galle. Miasteczko jest naprawdę przyjemne, malowniczo położone, jednak sam fort, opisywany jako największa atrakcja, kompletnie nie zrobił na mnie wrażenia. Być może dlatego, że miałam przyjemność obejrzeć sporo fantastycznej holenderskiej architektury u źródła (więcej w poście Zachwycająca Holandia). Po odwiedzeniu Galle oraz innych lankijskich miast, a także po wizytach w tamtejszych Parkach Narodowych, stwierdzam zdecydowanie, że największym skarbem Sri Lanki jest przyroda, o czym już niedługo, w kolejnych postach.

Biblioteka w Galle
Galle
Galle
Galle
Bo wszystko to magią jest i iluzją, i zdarza się raz na milion. 
Pozdrawiam, A.

2 myśli w temacie “Pierwsze spotkanie z Azją. Miasta Sri Lanki”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s